Jako, że Rzepka nie zna, a ja jestem na bieżąco z bajkami, przybliżam niniejszym o co kamon w obu wersjach Little Mermaid. To miała być komentka, ale wyszło za długie.
Wersja oryginalna Hansa Christiana Andersena
Very depresyjna. Syrenka traci głowę dla księcia który jest niezłym ciachem. Po katastrofie statku odholowuje go na brzeg. Aby zyskać względy księcia, syrenka udaje się do czarownicy, która owszem, zgadza się wymienić jej ogon na nogi do samej ziemi, za skromną wszakże dopłatą - mianowicie zabiera jej głos i język. No i Syrenka zaczyna dostawać po tyłku od życia. Każdy krok sprawia jej nieziemski ból i boskie nóżki krwawią jej do tego, ale mimo to wdzięcznie tańczy dla księcia, który generalnie ma ją głęboko, bo syrenka choć przypomina mu tą dziewczynę, która go uratowała, to jednak najbardziej mu w pamięci utkwił obłędny głos tamtej i nie patrzy co ma pod bokiem. Syrenka ma jeszcze jedną opcję, żeby stać się znów syreną - jeżeli zabije księcia i zamoczy stopy w jego krwi. Ofkors syrenka tego nie robi i zmienia się w morską pianę. Zakończenie melodramatyczne i bez happy endu. Generalnie niespełniona miłość, zapewne w oryginale miało wzruszać jej poświęcenie i oddanie, w naszych czasach morał jest krótki - jak się ma miękkie serce to trzeba mieć twardą dupę.
Wersja Disneyowska
Szesnastoletnia syrenka o wdzięcznym imieniu jak proszek do prania firmy Henkel i bardzo apetycznym ogonie, spędza beztrosko czas wraz z kumplem Florkiem, który jest rybą. Ciągle podgląduje ludzi i kolekcjonuje ludzkie rzeczy, które wypadły ze statków. Ojciec (taki niby Neptun, król syren z magicznym trójzębem) rwie włosy z głowy z nerw, bo zabronił kontaktów z ludźmi i wysyła za nią kraba Sebastiana, coby miał na nią oko i donosił. Swoją drogą wątek ojca jest bardzo istotny i gdyby Andersen miał własne dzieci pewnie sam by wpadł na to, żeby go wprowadzić. Ale Andersen był zapatrzonym w siebie egocentrykiem (tautologia), lubił się nad sobą rozczulać i pewnie dlatego na to zwyczajnie nie wpadł. Anyway, historia leci jak w oryginale, książę ciacho, katastrofa statku, Ariel go odholowuje do brzegu, śpiewa mu, koleś się ocknął i zanim na dobre zajarzył co się dzieje, syrenka dała nogę, znaczy ogon. Dalej czarownica, wymienia jej ogon na nogi i zabiera głos chowając go do muszli i zgodnie z umową Syrenka ma 3 dni na to, żeby książę dał jej porządnego buziaka. Dziewczyna jest pełna wdzięku i wpada księciu w oko, spędzają dużo czasu, jest romantycznie i w ogóle, ale że książę jakoś do całowania się nie rwie, jakby chciał a nie mógł choć miał pierdylion okazji (no fakt, czarownica trochę przeszkadzała), szybko mijają trzy dni i Ariel zmienia się z powrotem w syrenkę. Dalej jest kilka zwrotów akcji, ale w końcu książę zabija czarownicę, a srogi tatuś Syrenki widząc, że mała się faktycznie zakochała a zięciu wygląda, że z wzajemnością, wzdycha ciężko, wycelowuje trójzębem w syrenkę i zamienia jej ogonek w ładne nóżki. No i ślub, sielanka and they lived happily ever after.
Morał - jak jest problem to trzeba walić prosto do kochającego tatusia a nie do wrednej wiedźmy.
Czyli once again Disney rocks!