Postaram się więcej nie poruszać tematów infekcyjno-grypowych, jako że to już chyba końcówka. Do następnego razu - w końcu Olusia niebawem wraca do przedszkola i będzie się bawić oślinionymi zabawkami wspólnie z kaszlącymi, smarkającymi, dychrającymi i prychającymi nosicielami i nosicielkami najbardziej podłych i zdegenerowanych wirusów jakie nosi ta zmęczona planeta. Dziś rano zarządziłem dzień łóżkowy ale niestety nie w tym znaczeniu w jakim bym chciał. Dorotka wprawdzie twierdziła, że żadna siła we wszechświecie nie jest w stanie utrzymać w łóżkach 2 i 4 latka, ale myślę, że osiągnąłem namiastkę sukcesu - namiastka trwała tak gdzieś do trzynastej. Przesunęliśmy backupowe łóżko do salonu, uzyskując powierzchnię w granicach 7m2, czyli warunki do wracania do zdrowia były nad wyraz komfortowe. Wszystko szło dobrze dopóki nie zasnęliśmy z Rafciem, wtedy dziewczyny wstały.
Anyway wygląda na to, że odparliśmy atak wirusa i wszyscy czują się już lepiej, temperatura nie przekracza 37 a ja osobiście ciągle śpię. Nawet teraz śpię i śni mi się, że piszę posta na tumblerka. A zaraz mi się przyśni odcinek Scrubs :)


