Dziś (czyli wczoraj, bo już od 2 godzin jest jutro) dzień pierwszy niezapowiedzianego remontu w domku, jutro (dziś) dzień drugi. Wszystko idzie niezgodnie z planem, budżet został przekroczony już po pierwszej wizycie w Nomi, farby do dużego przedpokoju, która miała być na dwa krycia nie starczyło nawet na jedno, stara farba, która nie chciała odejść pomimo żmudnego skrobania nagle zaczęła płatami przyklejać się do wałka, a w małym przedpokoju postanowiliśmy podkręcić troszeczkę odcień brzoskwini pigmentem pomarańczowym i dodać takie kamyczki dające efekt baranka. To co nam wyszło można śmiało porównać do kubła z ekskrementami, do którego ktoś wrzucił granat i zdetonował. Na domiar złego kamyczki wylatywały z wałka jak z procy prosto na malującego, tak że po chwili malowania oboje byliśmy pokryci gównianymi kuleczkami, które błyskawicznie przysychały do włosów i skóry. Pure fun. Na szczęśce szybko oswoiliśmy się z nowym kolorem ścian, zwłaszcza, że po wyschnięciu przybrały odcień pomarańczy złamanej gównem, czyli prawie to czego się spodziewaliśmy na początku - w każdym razie w granicach tolerancji. Niestety farby również starczyło na jedno krycie i to na styk, nawet nie ma czym podmalować niedoróbek w razie jakby poranek rozwiał nasze wyobrażenia o efekcie dzisiejszej pracy.
W ogóle nie wiem jak ci ludzie, którzy opisują wydajność farby na opakowaniach to wyliczają. To chyba w czysto hipotetycznych warunkach kiedy farba nie pryska, nie kapie, nie przysycha do tacki, wałka, twarzy, rąk, włosów, spodni i rozsmarowuje się na ścianie tak, że jedna cząsteczka jest przy drugiej. A w rzeczywistości jak piszą, że farby starcza na 14m2 to znaczy, że trzeba się cieszyć jak starczy na 7.
Jutro lecimy z drugą warstwą w przedpokoju i będę się męczył z szablonem i pastą dekoracyjną na ścianach. A i tak Olusia powie, że do bani i wcześniej jej się bardziej podobało…


